© 2017 CRAZYWOMENGOHEALTHY by Aleksandra Gelo-Piesta

Warszawa/mazowieckie 

info@crazywomengohealthy.pl      kom. +48 605 616 387  

  • Facebook Social Icon
  • Instagram Social Icon
  • LinkedIn Social Icon
  • Twitter
  • Google+ Social Icon
  • YouTube Ikona społeczna

50 SPOSOBÓW NA SZCZĘŚLIWE ŻYCIE - SPOSÓB #28 ZNAJDŹ SWOJĄ PASJĘ

January 31, 2018

 

 

Lubię robić wiele rzeczy. Gotować zdrowe jedzenie, spędzać czas z rodziną i przyjaciółmi, czytać książki, podróżować, uprawiać różne sporty, poznawać nowych ludzi i zakątki świata. Kiedyś lubiłam malować butelki :-) Ale w swoim życiu nie miałam zbyt wielu rzeczy, które mogłabym nazwać pasją. Bo dla mnie pasja, to coś co sprawia, że odczuwasz stan flow - stan totalnego zatracenia, pochłonięcia i oderwania się od rzeczywistości. Taki stan, który sprawia, że aż wyrywa Cię z butów aby to robić, a czas kompletnie nie gra roli... 

 

Pierwszą rzeczą, która pochłonęła mnie bez reszty na wiele lat był taniec. O nim pisałam już tutaj  i na zawsze będzie w moim sercu i w moich nogach ;-) Drugą pasją stał się coaching oraz szkolenia. Możliwość rozwijania innych ludzi. Możliwość wnoszenia wartości do ich życia. Ta pasja stała się również moją życiową misją i celem zawodowego spełnienia. 

Dziś wiem, że trzecią pasją są góry. Dlaczego? Przeczytaj w dzisiejszym poście. 

 

Piątek

Zrywam się z łóżka o 7:00. Średnio wyspana, bo nie mogłam długo zasnąć oraz z lekkim katarem. Nic nie zepsuje mi tego wyjazdu :-)

Ok godz. 11:00 podjeżdżam pod wypożyczalnię sprzętu górskiego, mieszczącą się na jednej głównych ulic w Warszawie. Uśmiechnięta wypożyczam swoje pierwsze raki, których zawsze byłam ciekawa. 

Tuż po tym wyruszam w stronę Łodzi, aby stamtąd zabrać Anetę - moją towarzyszkę górskiej wyprawy. Ok. 13:30 jedziemy już razem. 

Cel - Karkonosze. Plan jest bardzo ambitny: część piątku, cała sobota i część niedzieli treking górskimi szlakami. 

Humory dopisują nam w najlepsze. Gadamy, śmiejemy się, robimy update z życia każdej z nas, jako że dawno się nie widziałyśmy, podziwiamy widoki zza szyby. Tak na marginesie, z Anetą znamy się kilka (ok. 3-4) lat. Poznałyśmy się w szkole coachów, w ktorej Aneta prowadziła zajęcia dla "młodych" coachów. To właśnie ona wówczas zaraziła mnie miłością do coachingu, który stał się moją pasją i sposobem na życie. Do prawdziwego, profesjonalnego, etycznego, czystego i niezwykle efektywnego coachingu. Wierzę, że to właśnie ona miała ogromny wpływ na to jakim coachem dziś jestem. Na to jak bardzo ważna jest dla mnie etyka i to aby nikt nie wrzucał coachingu do jednego wora z innymi formami rozwoju osobistego, pomimo tego, iż sama korzystam z różnych sposobów dotarcia do ludzi. Bardzo szybko stała się dla mnie nie tylko nauczycielką, mentorką ale również bliską mi osobą, choć nie spotykałyśmy się często, ani nawet nie rozmawiałyśmy zbyt często przez telefon. I wcale nie musiałyśmy. Po prostu kliknęło od samego poczatku i czułyśmy, że ta nasza relacja jest cenna dla obu stron. Dlatego bez chwili zastanowienia podjęłam zaproszenie na wspólny wyjazd w góry. 

 

Ok godz. 17:00 dojeżdzamy do Karpacza. Coraz bardziej się ściemnia, a przed nami jeszcze wędrówka pod górę do Schroniska Dom Śląski (nieopodal Śnieżki). Przebieramy się, dopakowujemy kilka ważnych rzeczy, zakładamy plecaki na plecy, czołówki na głowy, kijki w ręce i ruszamy. Po zaledwie kilku krokach okazuje się, że mój kijek jest zepsuty. Nie chce się zablokować na właściwej wysokości. Wisi nade mną widmo chodzenia po zimowych szlakach bez kijka. Nie daję jednak za wygraną. Czuję, że to da się naprawić, trzeba tylko sposobu i spokoju, o co u mnie teraz niełatwo. Udaje mi się zatrzymać jednego z wędrowców schodzących z góry. Po kilku minutach kijek naprawiony i ustawiony na odpowiednią wysokość.  

Idziemy. Im dalej w las, tym ciemniej. Czuję jak drżą mi nogi i całe ciało, oddech przyspiesza. Boję się. Przypominam mi się, jak w dzieciństwie miałam traumę z chodzenia po lesie w ciemności, bo na jednym z obozów tanecznych organizatorzy urządzili najmłodszym dzieciom chrzest bojowy - wywieźli nas autokarem do ciemnego lasu, połączyli w pary i kazali iść leśną ścieżką, pokonując po drodze wszystkie straszydła wyskakujące raz po raz zza drzew i przyprawiające nas niemal o zawał serca w wieku zaledwie 7-8 lat! Swoją drogą - super pomysł na chrzest bojowy dla tak małych dzieci!!!!  Moja trauma trwała wiele lat, dopóki nie przepracowałam tego na kursie NLP kilka lat temu. Dzięki temu dziś nie muszę nikogo się kurczowo trzymać idąc nocą, a moja wyobraźnia nie szaleje, tak jak przez lata.  

Jednak pomimo tego, tak po ludzku czuję się mocno niepewnie idąc przez nieznany mi szlak, zupełnie po ciemku, wiedząc, że w lasach mieszka różnorodna zwierzyna, a ja nie mam zbyt dużego doświadczenia w chodzeniu po górach, szczególnie po zmroku....  Postanawiam jednak zaufać Anecie. Po górach chodzi już od ponad 3 lat , była w każdych możliwych warunkach pogodowych, także po ciemku. 

Wieczór, szczegolnie jak na zimowy w górach jest ciepły. Po drodze zdejmujemy warstwy, które miały zabezbieczać nas przed dużym mrozem. Wmawiam sobie, że jestem odważna i że nie ma tu wilków. To właśnie spotkania z nimi najbardziej się obawiam idąc teraz po ciemku. 

A że umysł ludzki działa na opak, czyli dając nam dokładnie to czego nabardziej nie chcemy, nagle w oddali, w totalnej ciemności, dostrzegam błyszczące na czerwono-pomarańczowo wielkie ślepia. Zamieram! Mówię do Anety: "K...a wilk!!!! Strach działa paraliżująco zarówno na moje ciało, jak i na umysł. Nie wiem co sobie myślę. Nie wiem czy Aneta coś do mnie mówi. Nie wiem, czy w ułamku sekundy obmyśliłam już strategię działania/ucieczki, czy zwyczajnie zamarłam. Ale dokładnie w tej samej sekundzie zauważam, że te wielkie ślepia wilka, należą do bardzo przyjaznego psa wędrowców schodzących z góry. Wybucham śmiechem i głaszcząc psinę mówię, że prawie umarłam ze strachu sądząc, że ten miły piesek jest wilkiem. Śmiejemy się wszyscy, ale zapewniam Cię, że moje ciało potrzebowało dłuższej chwili aby ochłonąć po takiej dawce stresu. 

Chwilę później wychodzimy z lasu i teraz wyłania się nam przepiękny widok. Szeroka polana, gwieździste niebo i biały śnieg. Jest pięknie. Mój oddech wraca do normy, poziom kortyzolu spada i wreszcie zaczynam cieszyć się chwilą. 

Idziemy spokojnym tempem, nigdzie się nie spieszymy, nie bijemy rekordów. Aneta przeprasza za swoją slabszą formę spowodowaną kuracją antybiotykową. Mnie to nie przeszkadza. Akceptuję fakt, że będziemy szły wolniej. Martwię się jednak, aby nie zasłabła po drodze. 

Mijamy Samotnię i mały staw, który średnio widać w tych ciemnościach. Zaczynają się bardziej strome podejścia, więc decydujemy się założyć raki. 

Zakładam, robię kilka kroków i jestem zachwycona! Po raz pierwszy na nogach mam kolce, dzięki którym nabieram mocy, czuję pewność i autentycznie jaram się jak glupia. Aneta się śmieje, wspominając swój rakowy pierwszy raz ;-)

Mijamy Strzechę Akademicką i bez przystanku idziemy dalej. Droga wydaje się nie mieć końca, idziemy jakby przez zimową pustynię. Na szlaku tylko my i lis, który już po "wilku" nie zrobił na mnie wrażenia, sam zaś wycofał się w stronę choinek. 

Jesteśmy zmęczone. Aneta walczy ze swoją niemocą, ja próbuję wskrzesić w niej siły, mówiąc, że już jesteśmy blisko i że da radę. Czuję, że teraz ja muszę być dla niej oparciem. Ona dawała mi otuchy w ciemnym lesie, abym nie skupiała się na tym, czego się boję lub czego nie mam (kiedy przypomniałam sobie, że nie zabrałam z domu żelu dla sportowców. 

Do celu, czyli do Schroniska Dom Śląski dochodzimy po ponad 4,5 godzinach drogi. Za nami 9km drogi cały czas pod górę z 50 litrowymi plecakami, rakami na butach i sporą warstwą śniegu. 

Czuję zmęczenie i ogromną satysfkację. Dziś pokonałam swoje wewnętrzne demony! 

Przed nami gorący prysznic, domowej roboty jaglanka z jabłkami, którą taszczyłam na plecach, gorąca herbata i spanie. A jutro kolejna wyprawa :-)

 

Sobota

Budzę się z mocnym katarem i bólem głowy. Zatoki. Super. Aneta osłabiona i niewyspana. Obie nie mogłyśmy w nocy spać. Nasz stan zdrowia sprawia, że musimy zmodyfikować plany i to mocno. Chciałyśmy dziś jechać do Szklarskiej Poręby i stamtąd chodzić szlakami cały dzień, wieczorem zaś wrócić do naszego schroniska. Niestety nasze organizmy odmawiają posłuszeństwa. Modyfikujemy plan. Decydujemy się wejść jedynie na Śnieżkę, a potem zobaczymy co dalej. Jemy spokojnie śniadanie, ubieramy się i ruszamy na Śnieżkę. Warunki są trudne. Wieje wiatr, sypie śnieg, mgła sprawia, że widoczność jest maksymalnie na 30m. Kompletnie nie widać szlaku, nie wspominając już o szczycie góry. Idziemy miarowym tempem, nigdzie nie spiesząc się, ani z nikim nie ścigając. Przychodzi do mnie refleksja, że czasem trzeba odpuścić. Tak samo jak w życiu. Nie zawsze wszystko wychodzi zgodnie z planem. Tu w górach mam na to pełną akceptację. W życiu codziennym bywa różnie. Zdarza mi się jeszcze wściekać, kiedy muszę z czegoś zrezygnować lub zmodyfikować plan, choć już znacznie rzadziej. 

Dochodzimy na szczyt Śnieżki zmęczone i szczęśliwe. Przed nami charakterystyczne kosmiczne "spodki" - stacja meteorologiczna oraz kaplicę Św. Wawrzyńca. Niestety, nie jest nam dane podziwiać piękne widoki Karkonoszy. Widocznie musimy tu wrócić ponownie, w lepszej formie fizycznej i przy lepszej aurze pogodowej. 

Na górze odwiedzamy mini schronisko czeskie, gdzie posilamy się i nabieramy sił. Jeszcze kilka fotek i schodzimy w dół. Schodzi się lekko i przyjemnie, a dzięki rakom całkowicie bezpiecznie. Lubię je tak bardzo, że mogę w nich chodzić cały czas ;-) Na szlaku mijamy oczywiście sporo śmiałków bez wyobraźni, bez odpowiednich butów, ubrań. Część z nich radośnie zjeżdza na pupach, część przewraca się co kilka kroków na ośnieżono-oblodzonej trasie. 

Pozostawię to bez komentarza podobnie jak wyprawy nad Morskie Oko w szpilkach ;-)

Po powrocie do naszego Schroniska zjadamy gorącą pomidorówkę, placki ziemniaczane i dosłownie padamy na twarz w naszym pokoju. Czuję się coraz gorzej. Nie ma mowy o dalszych wędrówkach. Mój organizm domaga się teraz snu. Łykam aspirynę i natychmiast zasypiam. Śpimy dobre kilka godzin.... budzimy się dosłownie pod wieczór. Obie jesteśmy bardzo osłabione. Obie też wiemy, że ta wyprawa nie tak miała wyglądać ale nie mamy o to żalu. Siła wyższa. Idziemy zjeść kolację, zaś resztę wieczoru spędzamy na odpoczynku i rozmowach w pokoju. 

 

Niedziela

Budzę się przed 7. W nocy katar męczył mnie tak bardzo, że nie mogłam spać. Dodatkowo, bardzo silny wiatr dosłownie bujał całym budynkiem. 

Wstaję, szybki prysznic, pakowanie, śniadanie i chwilę po 9:00 ruszamy w drogę powrotną do Karpacza. 

Droga jest bardzo ciężka. Ledwo idziemy. Wiatr wieje z ogromną prędkościa, prosto na nas utrudniając nam oddychanie, nie wspominając już o stawianiu każdego kroku. W sekundę marzną mi dłonie. Zmieniam szybko rękawiczki na grubsze, dodatkowo pod spód zakładam cienkie z polarem. Jest naprawdę zimno. W kilka minut obie jesteśmy dosłownie całe oblodzone. Kurtka, kaptur, spodnie, kawałek wystającej spod kaptura czapki wszystko pokryte warstwą lodu. Moje gogle co chwilę pokrywają się warstwą lodu, która utrudnia widoczność. Czujemy się jak na biegunie północnym. Nie mamy nastroju do śmiechu, ale co ciekawe, żadna z nas nie narzeka. Ta, która idzie pierwsza co chwilę upewnia się, czy ta druga jest odpowiednio blisko i czy wszystko jest ok. Ta sama polana, którą w piątek podziwiałyśmy przy blasku księżyca i gwiazd, teraz jest naszym prywatnym polem walki ze swoimi ograniczeniami i barierami. Obie toczymy teraz walkę w swoich głowach. Obie musimy to wygrać i za nic, nie chcemy się poddać. W mojej głowie przelatuje teraz tysiące myśli, począwszy od tego, że na jaką cholerę mi to wszystko, że może jeszcze zawrócić do schroniska (co od razu odrzucam), że ja kiedyś nie lubiłam zimy, po wewnętrzną, szczerą radość z możliwości zmierzenia się z takimi warunkami.

Po kilku kilometrach mozolnej wędrówki wchodzimy w las, w którym wiatr ustaje, a kroki stają się lżejsze. 

Zatrzymujemy się w Schronisku aby dosłownie obdrapać z siebie warstwę zamarźniętego lodu oraz zjeść coś ciepłego. 

Odpoczynek zajmuje nam ok. 45 minut. 

Dalsza część drogi, aż do samego parkingu jest spokojną wędrówką bez większych przygód, co pozwala nam w spokoju zatopić się w swoich myślach oraz podziwiać widoki, które nieśmale wynurzają się z gęstej mgły. 

Na parking docieramy przed 14:00, przebieramy się i szczęśliwe ruszamy w powrotną drogę do Łodzi, ja zaś dalej do Warszawy. 

 

Ten wyjazd, może pod względem naszego planu nie był idealny, ale z pewnością bardzo wartościowy. Kolejny raz dowiedziałam się tak wiele o sobie i popatrzyłam na swoje życie z perspektywy lotu ptaka. KOlejny raz mogłam zmierzyć się z tym co dla mnie trudne i kolejny raz udowodniłam sobie, że mogę wiele. Kolejny raz jestem bogatsza o nowe, cenne refleksje i wnioski. Bo w górach toczysz cały czas walkę w swoim umyśle. Możesz być z najlepszym kompanem na świecie - którym nota bene okazała się Aneta ale i tak, przez znaczną część drogi jesteś tylko Ty i Twój umysł. Góry, niczym zwierciadło pokazują Ci dokładnie to kim jesteś. Twój prawdziwy charakter. Twoje mocne i słabe strony. Sprawią, że zmierzysz się z tym, czego najbardziej się boisz. Bezlitośnie obedrą Cię z całej ułudy, fałszu. Ukażą prawdziwą Ciebie, całkowicie nagą, bez żadnej iluzji. Pokażą Ci dokładnie nad czym masz jeszcze popracować, a co najważniejsze zawsze dadzą odpowiedź na pytanie z jakim przyjeżdzasz. Uzmysławiam sobie, dlaczego nigdy nie dążyłam do wygodnego, luksusowego życia i dlaczego wakacje all inclusive są nie dla mnie. Bo wygoda nie stawia żadnych wyzwań, a ja kocham wyzwania. Kocham sprawdzać się w różnych warunkach, kocham stawiać sobie poprzeczkę wyżej. Właśnie to sprawia, że najwięcej dowiaduję się o sobie, o tym kim naprawdę jestem, bez żadnych masek. Każdy wyjazd w góry pokazuje mi moją siłę, którą zabieram ze sobą do domu i przenoszę na grunt życia zawodowego. Dodatkowo ta wszechobecna błoga cisza daje Ci możliwość obcowania z naturą oraz wsłuchania się w wewnętrzne głosy, których często w zgiełku miasta nie wyłapujemy. Odpoczywa umysł i ciało. A to, jak wiesz stanowi dla mnie połączenie idealne. W takim otoczeniu z łatwością dostrzegasz, co jest najważniejsze w życiu. 

Za to właśnie kocham góry i dlatego już wiem, że będę w nich częściej. 

W górach byłam już kilkakrotnie, ale to dopiero samotna wyprawa w Tatry rozpaliła we mnie ten ogień, Karkonosze zaś utwierdziły w przekonaniu, że jest to moja nowa pasja na dłuugie lata. Już myślę o kolejnej wyprawie, już myślę o tym kiedy znowu zmierzę się z kolejnymi przygodami na górskich szlakach. Już myślę o tym, aby zorganizować wyjazd dla kobiet w górach, właśnie po to, aby każda  z nich odkryła część siebie. 

Tak się właśnie rodzi pasja. Pasja, która sprawia, że jesteś lepszym człowiekiem, a serce aż się rwie, żeby znowu poczuć ten stan flow - stan totalnego zatracenia. 

Dokładnie tak samo czuję się, kiedy tańczę, rozwijam innych ludzi i chodzę po górach. To właśnie pasja sprawia, że kocham swoją pracę - bo dążyłam do tego aby móc z niej żyć, a pozostałe dwie są dokładnie tym, gdzie odnajduję swoje prawdziwe Ja. 

 

Co zrobić aby odnaleźć swoją pasję? Pozwól sobie na chwile samotności, gdzie w ciszy możesz wsłuchać się w głąb siebie i zadaj sobie pytanie, co najbardziej chciałabyś robić, gdyby pieniądze nie miały żadnego znaczenia. Odpowiedź, którą otrzymasz z serca, to właśnie TO. I zrób to, co Cię uszczęśliwia! Bo w życiu o to właśnie chodzi. 

 

Życzę Ci z całego serca, abyś odnalazła swoją pasję, abyś być może mogła również z niej kiedyś żyć (choć uważam, że nie z każdej pasji musimy od razu robić biznes) Wiem, że wymaga to ogromnego wysiłku, wyrzeczeń i często niemałej ceny, którą musimy za to zapłacić. Ale pamiętaj, że tylko Ty w pełni odpowiadasz za swoje szczęście. 

 

 

Z miłością, 

Ola

 

Kilka zdjęć z wyjazdu :-) 

Karkonosze - styczeń 2018

 

 

 

 

Please reload

Ostatnie posty

April 20, 2019

January 24, 2019

January 10, 2019

November 30, 2018

Please reload

Dołącz do grona moich Subskrybentów!