© 2017 CRAZYWOMENGOHEALTHY by Aleksandra Gelo-Piesta

Warszawa/mazowieckie 

info@crazywomengohealthy.pl      kom. +48 605 616 387  

  • Facebook Social Icon
  • Instagram Social Icon
  • LinkedIn Social Icon
  • Twitter
  • Google+ Social Icon
  • YouTube Ikona społeczna

50 SPOSOBÓW NA SZCZĘŚLIWE ŻYCIE. SPOSÓB #18 - WYJEDŹ W PODRÓŻ. SAMA!

October 3, 2017

 

 

Przychodzi czasem taki moment w Twoim życiu, kiedy myśli kłębią się w głowie jak głupie, ciało kurczy się coraz bardziej pod wpływem nagromadzonych emocji, zaplanowane sprawy rozjeżdżają się w przeciwnych kierunkach, a Ty nie jesteś w stanie podjąć żadnej sensownej decyzji. Stoisz na rozdrożu dróg i nie wiesz, co dalej…

 

Tak było właśnie ze mną, kilka dni temu. W ostatnim czasie żyłam w napięciu, ogromnym lęku i smutku. Zmęczona chorobą, codzienną gonitwą i brakiem czasu na refleksję. Zmęczona również walką z wewnętrznymi barierami, które nagle domagały się zrobienia z nimi konkretnych porządków. Gdzieś głęboko w sercu poczułam wezwanie, niczym bohater wezwany do wyruszenia w podróż, aby stawić czoła wszelkim demonom i zajrzeć w głąb siebie.

 

Otóż, jeśli czytałaś mój poprzedni wpis, wiesz już, że w miniony czwartek podjęłam spontaniczną, choć dobrze przemyślaną decyzję o samotnym wyjeździe w Tatry.

 

Czułam, że potrzebuję zmierzyć się z z tym co uwierało i gniotło mnie od dłuższego czasu. Czułam, że potrzebuję rozprawić się z lękiem, ograć swoje ograniczenia i sprawdzić się sama na górskich szlakach.

 

Wiedziałam, że nikt nie jest w stanie mnie powstrzymać, przed tym (szalonym?) pomysłem. Żadne prośby,  żadne komentarze, że to niebezpieczne, nierozsądne itd. Nawet moja kochana mama, która z pewnością przez dwa dni nie zmrużyła oka, martwiąc się o moje życie. Rozumiałam to całkowicie, jako matka własnych dzieci. A jednak pomimo zrozumienia, nie było takiej siły, która mogłaby mnie zatrzymać. Coś, tam w środku we mnie kazało mi jechać, czując podświadomie, że czeka mnie podróż życia.

 

Czy się nie bałam? Bałam się jak cholera! Bałam się zakładając  50-cio litrowy plecak, wypchany po brzegi, ważący chyba tonę. Bałam się, kiedy wysiadłam na dworcu z taksówki. Bałam się, stojąc  na peronie i czekając ponad 40 minut na opóźniony pociąg. Bałam się zajmując swoje niewygodne, siedzące miejsce (niestety nie było już miejsc w wagonach sypialnych, ani kuszetek) w środku wagonu. Bałam się tak bardzo, że drżało mi całe ciało i kompletnie nie słyszałam swoich myśli. Był moment, kiedy przyszło mi na myśl, aby zrezygnować, wrócić do domu i pójść spać, jak normalny człowiek.

Tylko co by mi to dało???? Co powiedziałabym moim dzieciom, które spytałyby mnie: mamo już jesteś? Co powiedziałabym mężowi, który zobaczyłby mnie w drzwiach, chwilę po wyjściu? Ale najważniejsze - Jak mogłabym spojrzeć w oczy samej sobie? Jak mogłabym żyć z myślą, że zrezygnowałam, zanim nawet wystartowałam???

Nie było odwrotu. Jadę!

 

Podróż pociągiem minęła mi całkiem szybko. Kiedy rozgościłam się już na swoim miejscu, emocje zaczęły opadać, oddech coraz bardziej uspokajał się. Zaciśnięty wcześniej żołądek teraz domagał się jedzenia. Kurczę muszę naruszyć swój prowiant przygotowany na wyprawę. W głowie liczę, jak rozplanować swoje zapasy żywieniowe. Jedna kanapka mniej. Zostały 4.

Wokół mnie prawie wszyscy śpią. Ja się wiercę. Po mojej lewej siedzi „kobieta gór”. Trapery, specjalne spodnie, wiek na oko 45+. Też jedzie sama, pomyślałam. Po mojej prawej, dziewczyna, której buzia się nie zamyka, a telefon nie wychodzi z jej rąk. Jedzie z koleżanką. Obie mają tonę makijażu i raczej zbyt dużo bagaży, jak na chodzenie po górach…

 

Nagle przychodzi do mnie myśl. DAM RADĘ! I zasypiam jak dziecko, budząc się tuż przed stacją końcową.

 

Stacja ZAKOPANE.

Wysiadam, rozglądam się dookoła. Nigdy nie jechałam do Zakopanego pociągiem. Jest 7:10. Jest rześko. Zmieniam wygodne Nike na górskie trapery, zjadam kanapę nr 2, biorę kilka łyków gorącego napoju MOCY z termosu (woda, cytryna, miód, imbir i kurkuma), zakładam czapkę, rękawiczki i jestem GOTOWA!

 

Palenica Białczańska

Do Palenicy dostaję się sprawnie busem z pod samego dworca, za jedyne 10zł.

Wysiadam i szybko decyduję się na kawę z parkingowej budki. Podświadomie przedłużam ten moment rozpoczęcia.  Tutaj poznaję grupę ludzi w różnym wieku. Najstarszy ma ok. 50+. "Sama idzie Pani w góry???" Proszę do nas dołączyć, my też idziemy do Doliny 5 Stawów." Mimowolnie odpowiadam ok. Kończę kawę i coś mi nie gra. Nie chcę z nimi iść. Są bardzo mili ale nie taki był mój plan. Dziękuję im z uśmiechem za propozycję i odmawiam, mówiąc, że muszę zmierzyć się z tą wędrówką sama. Zostawiam ich w głębokim zdziwieniu.

 

Cała na przód!

Idę. Mam dobre tempo. Lubię szybko chodzić. Rozglądam się dookoła i dokładnie w tej sekundzie już wiem, że to była najlepsza decyzja! W kilkanaście minut dochodzę do Wodogrzmotów Mickiewicza. Pierwsze selfie. Jest pięknie! Wiem, że kiedyś tu byłam, ale to było bardzo dawno temu, jeszcze w czasach liceum. Plecak zaczyna mi ciążyć. Mówię sobie – tylko Ci się tak wydaje. Plecy masz silne, nogi masz silne, plecak jest lekki. Szybka wizualizacja pomaga. Za chwilę zapominam zupełnie o nim i w zasadzie zapomnę przez resztę trasy. 

 

Idę dalej. Nieopatrznie mijam znak prowadzący do Doliny 5 Stawów przez Wodospad Siklawa, o czym dowiaduję się będąc już o wiele dalej.  Muszę tam dzisiaj dojść – bo mam zaplanowany nocleg w tamtejszym schronisku.

 

Po drodze, w kierunku Morskiego Oka poznaję uśmiechniętą panią Krysię. Ma 63 lata i jak sama o sobie mówi: "Mam 63 lata i wiem, że wyglądam na 73, ale mam jeszcze siły na górską wyprawę. Kiedy jak nie teraz!". Dostosowuję swoje tempo do Pani Krysi i przez kilkanaście minut opowiadamy sobie o życiu, o odwadze, o spełnianiu swoich marzeń. Robimy pamiątkowe zdjęcie i życzymy sobie szerokiej drogi.

 

Następnie, pytam małą grupkę ludzi, którędy dojść do Doliny 5 Stawów. O właśnie tutaj, wskazując na znak prowadzący przez Świstówkę. Idę za nimi. Mają dobre tempo. Zaczynają się schody. Idziemy coraz wyżej. Momentami jest dosyć niebezpiecznie. Wysoko, coraz wyżej. Poprzeczka idzie, nomen omen w górę. Dam radę. Brakuje trochę tchu, czuję się bezpiecznie, kiedy część z nich idzie przede mną, a część z nich wolniej, za mną. Po półgodzinnym wspinaniu się pod górę, opadam z sił. Czas na odpoczynek. Kanapka nr 3. Power Gel nr 1. Woda. Idę. Nikogo nie ma. Tamci ludzie poszli. Kolejne zdjęcie i w drogę. Jednak jestem jeszcze głodna. Zdejmuję plecak ponownie i wygrzebuję Power baton. Teraz jest lepiej.  Idę dalej. Widoki zapierają dech w piersiach. Jest magicznie. Mogłabym tak stać godzinami i podziwiać piękno gór.

 

Po drodze mijam różnych ludzi. Większość z uśmiechem pozdrawia mnie na szlaku. Lubię ten zwyczaj. Lubię także obserwować ludzi. W jaki sposób wchodzą, w jaki sposób schodzą, jak pokonują trudniejsze momenty. Uczę się gór. A one dają mi dokładnie tyle, ile mogę „udźwignąć”. Nie ma niczego, co by mnie przeraziło, wystraszyło, aczkolwiek szlak, nawet jak na mnie – osobę wysportowaną, kosztuje mnie niemało wysiłku.

 

Ze szczytu podziwiam, położoną u podnóża Dolinę 5 Stawów. Coooo za widok!!!! Bajka! Czuję radość i szczęście. Schodzę na dół, teraz już z przysłowiowej górki, chociaż zimno daje się we znaki. Zakładam czapkę, rękawiczki, kurtkę. Mam ochotę na przerwę, bo nogi już zmęczone, ale myślę sobie – Idź dalej, już masz tak niewiele! Z góry widać już mój cel – schronisko. Marzę o nagrodzie w postaci grzanego wina i zalegnięcia gdzieś na trawie, w słońcu.

Po około pół godzinie dalszego schodzenia, docieram do schroniska. Siadam tuż nad stawem i zastygam w bezruchu. Nie myślę, nie mówię, chyba nawet nie oddycham. Przede mną prawdziwy cud natury. Kłębiaste chmury leniwie kłębią się na niebie, odbijając się w krystalicznie czystej tafli wody. Słońce otula mnie ciepłymi promieniami. Widać dno stawu oraz ośnieżone wierzchołki wysokich Tatr. Chciałabym wiedzieć jak się nazywają, ale nie mam tak dokładnej mapy. Zasięgu brak, więc nie ma szans na wygooglowanie. I dobrze! Jestem odcięta od świata.

Jest błoga cisza, delikatnie przerywana śmiechem radosnych wędrowców. Nic mi nie przeszkadza. Niczego mi nie brakuje. Dziś osiągnęłam swój cel. Teraz czas na relaks i podziwianie widoków. Zrobiłam to! Mam połowę trasy za sobą.

Po półgodzinnym odpoczynku, głód daje się we znaki. Czas na gorącą zupę, grzańca oraz zameldowanie się w Schronisku.

 

W recepcji przemiła dziewczyna informuje mnie, że nie ma wolnych pokoi. Ok, byłam na to gotowa, myślę sobie. W porządku, będę spać na glebie (to słowo zasłyszałam już wcześniej od jednego z poznanych na szlaku wędrowców). "Niestety, ale podłoga jest do dyspozycji, tylko w ostateczności, dla tych którzy nie mają już naprawdę sił aby iść dalej". W mig łapię co do mnie mówi, ripostując z uśmiechem, że ja właśnie już naaaaprawdę nie mam sił iść dalej i puszczam jej oczko ;-)

 

Dziewczyna odpowiada uśmiechem, mówiąc abym wróciła za jakieś 3-4 godziny i zobaczymy czy coś się uda.  Proponuje, abym plecak zostawiła w przechowalni, zjadła dobry obiad i poszła sobie „na lekko” szlakiem wokół Stawów.

I dokładnie tak robię. Po zupie i po ok. 40 minutowym lekkim spacerku, siadam na trawie, rozciągam zmęczone nogi i nawet nie wiem, kiedy zapadam w głęboki sen.  Budzi mnie jakaś „zwierzyna”, która musnęła moją głowę. Nie wiem co to było. Może jaszczurka? Ale włosy stanęły mi dęba i podrywam się na równe nogi.

Trochę pospałam, bo w sumie nie było mnie ok. 1,5 godziny. Wracam do schroniska. Pani w recepcji  wita mnie z wielkim uśmiechem na ustach: "Mam dla Pani bardzo dobrą nowinę! Mam pokój dla Pani!" -  Ach cudownie!!!! Moja radość nie zna granic. „Będzie Pani z 7 Słowakami. Proszę się nie obawiać, są przezabawni i być może dołączy do Pani jeszcze jedna kobieta”. Myślę, że moja mina mówiła wszystko. Oby doszła ta kobieta! Ale biorę, co przynosi mi los. 

 

Wchodzę nieśmiało do pokoju, a tam witają mnie zaskoczeni, choć oczywiście ucieszeni  widokiem jedynej kobiety - 7 chlapov słowackich :-)

"Ahoj babo! Ślivovica! Pij!" Hehe niezłe powitanie :-) Poznajemy się i od razu łapiemy dobre flow. Skąd jesteśmy, co tu robią oni, co robię ja, kto czym zajmuje się na co dzień i przede wszystkim, co ja sama robię w Tatrach. Chłopaki nie mogą się nadziwić, kiedy opowiadam im jak i dlaczego tutaj się znalazłam. Jest kupa śmiechu, otwartość i totalny brak zadęcia. A co najważniejsze – czuję się naprawdę bezpiecznie.

 

Dalszą część wieczoru spędzam w sporej jadalni, rozmawiając z niezwykle dojrzałymi nastolatkami (Kuba 14 i Ola 16lat) oraz ich ojcem, o  ich miłości do Tatr, wchodzeniu na szczyty po łańcuchach i pokonywaniu swoich ograniczeń. Pomimo ich młodego wieku, czuć było ogromną mądrość, którą bardzo mi zaimponowali.

 

W schronisku był spory tłum. Nie spodziewałam się nawet czegoś takiego. Ludzie spali na podłodze, wykorzystując każdy wolny jej kawałek. Ogólna atmosfera w schronisku na skali od 1-10, 20! Ludzie otwarci, uśmiechnięci, pomocni, pokorni, bez krzty pośpiechu, czy zniecierpliwienia. Zero chamstwa, agresji. Wszędzie tolerancja i ogromna ciekawość drugiego człowieka. Również pełna kultura w kwestii toalet i czekania na wolny prysznic. Byłam pod wrażeniem ogromnego szacunku, jakim obdarzali się ludzie.

Kiedy 3 razy w trakcie wieczoru zabrakło prądu – kilka osób wyciągnęło tzw. czołówki (takie latareczki z gumką, zakładane na głowy), oświetlając tym samym całą jadalnię. Śmiech, pomruki i pełna akceptacja. 

 

Dalej, do naszego polsko-słowackiego pokoju dojechała dziewczyna – kolejna Ola, w dodatku z Warszawy i kolejna samotna wędrowniczka. Słowacy nie mogli wyjść z podziwu dla naszej odwagi. Ola opowiadała nam, jak się wspina i pokonuje kolejne szlaki od ponad 4 lat, jakie ma następne cele do osiągnięcia. Słuchałam jej opowieści, niczym dziecko słuchające niesamowitych bajek, choć te bajkami bynajmniej nie były. 

 

Wieczór upłynął nam przezabawnie, przy czerwonym winie i orzeszkach ziemnych. 

Tuż przed pójściem spać dołączyły do nas kolejne dwie dziewczyny - obie z Warszawy, a jedna  z nich to kolejna Ola. Słowacy znów się śmiali, że w górach są same Ole z Warszawy :-)

 

Ok. 22:30 wszyscy padliśmy ze zmęczenia, z dotlenienia świeżym powietrzem, a ponadto każdy miał przed sobą kolejne szlaki do przejścia, więc dobra forma była najważniejsza.

 

Dzień drugi

Budzę się sama bez budzika o 6 rano. Nie mogę już spać. Nie chcę już spać. Chcę zjeść śniadanie, zaczerpnąć świeżego, górskiego powietrza i ruszyć w drogę. Udaje mi się wziąć szybki prysznic, umyć zęby i w 15 min jestem gotowa do wyjścia.

Jest za wcześnie i za ciemno. Muszę zaczekać do 8:00. Kuchnia otwiera się punkt 8:00 ale nie chcę tracić czasu na schroniskowe śniadanie. Zbyt dużo ludzi i mogłoby to znacznie opóźnić moje wyjście.

Zjadam średnio świeżą, piątkową kanapkę nr 4, 2 rozklapciałe banany, owsiankę oraz kubek herbaty.  

Żegnamy się wszyscy, życząc sobie wszystkiego dobrego i każdy idzie w swoją stronę.

 

Ruszam drogą, którą miałam wchodzić pierwszego dnia  - przez Wodospad Siklawa w kierunku Roztoki. Cel na dziś – Morskie Oko i zdążyć na 15:38 na pociąg do domu. 

 

Mam dokładnie wyliczony czas, nie ma czasu na poślizg, ani zmiany tras.

Droga w dół jest bardzo stroma. Co więcej – jestem zupełnie sama. Nie ma żywej duszy. Jest tak pięknie, że co kilka kroków zatrzymuję się aby zrobić zdjęcie. W takim tempie nigdzie nie dojdę. Nie mogę się jakoś skupić. Droga nie jest zbyt łaskawa. Mocno oblodzona, trzeba być czujnym i ostrożnym. Schodzę wolno. Pokonuję zejścia, których wolałabym nie widzieć na swojej drodze. W tym samym momencie zdaję sobie sprawę, że podobnie jest z przeszkodami w moim życiu. Często chcę ich unikać, zanim stawić im czoła. Nie tym razem! Nie poddam się!

Gleba. Poślizguję się i zbijam sobie łokieć. Boli. To nic – myślę. Wydaje Ci się. Dasz radę. Otrzepuję się i idę.

 

Po drodze spotykam pierwszych ludzi, wchodzących do góry – w kierunku Doliny 5 Stawów. „Z góry to już łatwiej schodzić”. Uśmiecham się i odpowiadam „Nooo powiedzmy. Uważajcie na oblodzone skały”.

Po drodze mijam ogromne szczyty tatr, przepiękny wodospad, ogromne skały i całą ferie jesiennych kolorów. W dole wita mnie gęsty, wysoki las oraz mała napotkana myszka, biegająca tam i z powrotem. Taka mała w tym wielkim świecie. Przychodzi refleksja o naszej maleńkości w całym wszechświecie. 

 

Jest pięknie, ale bardzo chcę aby ta droga już się skończyła.

Kolejna gleba. Tym razem poślizg na mokrych kamieniach. Zbite kolano, mokre spodnie. Boli bardzo. Wstaję powoli. Sprawdzam stan nogi. Będzie krwiak, to pewne. Akceptuję. Dziękuję za ten upadek i mówię sobie, to nic, że już przechodzi, że to też po coś. Nic mnie już nie zatrzyma, ani nie zniechęci!

I idąc dalej zapominam o bólu.

 

Wreszcie koniec drogi. Dochodzę do asfaltówki oraz Wodogrzmotów Mickiewicza. Jestem tu drugi raz w przeciągu dwóch dni. Tym razem, jestem znacznie bardziej uważna na znaki i wszelkie oznaczenia.

Krótka przerwa na herbatę, kanapkę nr 5 oraz power batona. Nie ma czasu na relaks. Trzeba ruszać w drogę.

 

Teraz porządny power walk pod górę w kierunku Morskiego Oka. Znak przy szlaku wskazuje czas: 1 godz. 35 min. Muszę zasuwać, bo to łącznie ponad 3 godziny trasy.  I nabieram takiej mocy, jaką znam z kilku biegów ulicznych na 10km. Kijki idealnie się przydają. Wybijają rytm i pomagają iść. Mam moc i zasuwam jak nakręcona.  Zobaczę jeszcze Morskie Oko, jeszcze dzisiaj!

 

Ludzie patrzą na mnie dziwnie. Dziś jest tutaj masa turystów. Zupełnie odmiennych od tych, których spotykałam wczoraj. Tenisówki, makijaże i mocne perfumy… dzieci, wózki i przejazdy wozami konnymi. Nagle idę łeb w łeb z dwoma końmi. Idę tuż obok i nie boję się, chociaż od czasu mojego poważnego upadku z konia nie byłam w stanie nawet podejść do nich. Dziwię się, że w ogóle nie czuję lęku. 

Jesteśmy tak blisko, że dosłownie czuję ich oddech, ogromną siłę, a jednocześnie ogromny ból i smutek. Tak samo walczymy idąc pod górę. Tyle, że ja robię to dla przyjemności i sprawdzenia siebie. One – dla pracy, będąc zmuszone przez człowieka. Narasta  we mnie złość na wszystkich, którzy wspierają ten cholerny biznes! Kiedy to się wreszcie skończy!???

Konie przyspieszają, ja zwalniam, zostając za nimi w tyle. Żegnam je z żalem i współczuciem.

 

Całą trasę pokonuję w godzinę z małym hakiem i nie wierzę własnym oczom. Nie czuję za grosz zmęczenia! Śmieję się sama z siebie, bo okazuje się, że wczoraj byłam dosłownie 5 minut przed Morskim Okiem! Nie doszłam tam, bo moim celem była Dolina 5 Stawów. Ale gdybym tylko wiedziała, że jestem tak blisko…

Nad Morskim Okiem mam 10 min na odpoczynek. Spotykam „moich” 7 Słowaków. Oddają mi jedną porcję bigosu, mówiąc żebym zjadła bo przecież spieszę się na pociąg. Znowu są pełni uznania. „Tak rozmawialiśmy o Tobie, że nigdy nie poznaliśmy takiej dziewczyny jak Ty!” To znaczy jakiej? – pytam. „Takiej zdeterminowanej, odważnej, dzielnej, otwartej, uśmiechniętej i totalnie CRAZY MOM!” Wszyscy się śmiejemy, chociaż te słowa właśnie wyryły się na zawsze w moim sercu. Święta prawda. Taka jestem. 

Żegnamy się i śmigam dalej.

 

Słońce świeci przez cały dzień, pogoda wprost wymarzona. Idę tak szybko, że po drodze grupa młodych chłopaków śmieje się, że ta pani to już na kłus przeszła. Śmieję się i życzę im spokojnego zejścia w dół.

Do mety docieram po 13:30. Mam jeszcze dużo czasu na zasłużony odpoczynek! Zimne piwko i relaks w słońcu.

Moja radość nie zna granic! Cała się śmieję! Nogi bolą, ale to nie ma żadnego znaczenia. 

 

ZROOOOBIŁAM TO!!!!!!!

 

Czuję się jak zwycięzca! W grze o odwagę, determinację i wiarę w siebie. Wygrałam ze swoją głową i wszelkimi ograniczeniami. Tam, gdzieś na szlakach zostawiłam strach, który zbyt długo mnie przygniatał.

 

Cała ta ponad 32 kilometrowa, dwudniowa wędrówka pokazała mi jakim człowiekiem jestem naprawdę. Dowiedziałam się, że najbardziej boję się tuż przed wykonaniem pierwszego kroku. Kiedy zaczynam działać strach stopniowo mija, a wraz z nim znikają czarne myśli, bariery i wszelkie nakręcane negatywne obrazy, które tworzy umysł. Pojawia się pewność siebie, narastająca z każdym krokiem, pojawia się również siła, która napędza mnie do przodu i nie pozwala się poddać. Kolejny raz przekonałam się również, jak bardzo potrzebuję ufać swojej intuicji, bo ona jest moim najlepszym przewodnikiem na każdym szlaku, również tym w codziennym życiu.

 

Dowiedziałam się, jak bardzo spokorniałam, jak wiele potrafię już zaakceptować i jak silny mam charakter. Góry dały mi dokładnie tyle, ile byłam gotowa przyjąć, na ten moment. Każdy napotkany człowiek, pokazałam mi swoją miłość do nich i jak wiele im zawdzięcza. Każdy człowiek zapadł mi pamięci, a najbardziej Słowacy – którzy ze swoimi słowami uznania postawili kropkę nad „i” w mojej drodze budowania siebie. Wróciłam z ciężkimi nogami i lekką głową. Z podjętą ważną życiową decyzją i odkrytymi pokładami wielkiej odwagi w sobie. Z ogromną wdzięcznością za wszystko, czego doświadczyłam. Z wielką miłością do gór.

 

Wiem, że kiedy mam dokładnie wyznaczony cel, to dojdę tam, choćbym sama miała sobie tę drogę zbudować. Bo właśnie ta droga jest najważniejsza! Droga do naszego najprawdziwszego JA.

 

Jeśli dotarłaś do tego miejsca – to po pierwsze duże uznanie dla Ciebie za wytrwałość! Rozpisałam się dzisiaj trochę ;-)  Po drugie, chcę Cię namówić, abyś koniecznie wyjechała, chociaż raz w swoim życiu, w samotną podróż. Zostaw wszystko. Zostaw strach. Destynację wybierz sama. Ale niech to będzie droga nie zbyt łatwa, nie za długa i nie za krótka, zmuszająca Cię do pokonania swoich słabości.

 

Taka samotna wyprawa to najcenniejsza podróż w głąb siebie. Prawdziwa podróż bohatera.

 

Ja już wiem, że wrócę w Tatry. Wiem, że to „moje” miejsce MOCY, góry zaś są dla mnie wspaniałym nauczycielem. A ja chcę rozwijać się przez całe życie! Bo wierzę, że celem naszego życia, jest właśnie poznanie siebie i znalezienia odpowiedzi na pytania o to kim jesteśmy. 

 

Z miłością i odwagą!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Please reload

Ostatnie posty

April 20, 2019

January 24, 2019

January 10, 2019

November 30, 2018

Please reload

Dołącz do grona moich Subskrybentów!